O tym jak zakochałam się w Los Angeles…

Mimo, że dzisiejszy poranek przywitał mnie mrozem za oknem, postanowiłam wrócić wspomnieniami do mojej wakacyjnej podróży i trochę o niej poopowiadać. Po miesiącu, spędzonym na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, mogę z całą pewnością powiedzieć, że gdyby nie ogromny dystans, Kalifornia któregoś dnia stałaby się dosłownie moim domem. Jednak, w mojej głowie i tak nim została. Uczucia, których doświadczyłam będąc w tym miejscu, są nie do opisania. Pomimo swojego ogromu, świat mi się zmniejszył. Pokazałam sobie, że jeśli moje marzenia wiążą się z pozytywnym wysiłkiem, mogę postawić swoją nogę na każdym krańcu świata. Poczułam świadomość, że życie, jest po to, aby się nim delektować i wybierać garściami wszystko, co najlepsze. Po raz pierwszy zobaczyłam siebie, jako osobę, której potrzebny jest tylko plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, aparat do zatrzymywania wspomnień, przewodnik, okulary słoneczne, butelka wody i trochę pieniędzy, żeby wystarczyło na co nieco. Na codzień skupiamy się, żeby gromadzić rzeczy materialne, które w najpiękniejszych momentach życia i tak się nie liczą. Zobaczyłam różnorodność świata, ludzi i poglądów. Czułam wszechobecne ciepło – i to pochodzące ze słońca, które praktycznie nigdy nie przestawało świecić i to pochodzące od ludzi. Pobyt w tej części świata nauczył mnie wolności. Po raz pierwszy w życiu czułam się wolna, jak nigdy dotąd. Dodatkowo, to uczucie przypieczętował mój skok ze spadochronem, nad samym oceanem… więc tak – wolność to słowo, które pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy myślę „Kalifornia”. Co jeszcze? Otwartość i serdeczność. Ludzie, właściwie w całej Ameryce są tak pomocni i bezinteresowni, że moje zdumienia nie miały końca. Uśmiechają się do Ciebie na ulicy, pytają jak leci, są Tobą zainteresowani i dużo pytają o Polskę, a swoim życiem potrafią się cieszyć i jest to naprawdę widoczne. Promenady wzdłuż plaż zdominowane są przez osoby uprawiające sporty – jogging, rowery, deski, hulajnogi! Wieczorami Kalifornijczycy udają się do barów i pubów przy wybrzeżu, bawią się w karaoke, jedzą, piją, rozmawiają… i wracają do domów szybko, bo po 22. A wtedy zapada cisza i słychać już tylko szum fal i wiatru z nad oceanu.

Na zjechanie Californii wzdłuż i wszerz potrzebowaliśmy nie mało, bo 3 tygodnie. W trakcie podróży zobaczyliśmy także Arizonę, Nevadę i kawałek Utah. Nie będę upychać informacji o całej podróży w jednym poście, bo wspomnień i wskazówek, którymi chciałabym się podzielić jest zbyt dużo i są zbyt wartościowe, żeby potraktować je tak „ogólnie”. Zacznę więc od miasta, w którym postawiłam stopę wysiadając z samolotu, po raz pierwszy na Zachodnim Wybrzeżu. A było to Los Angeles.

Podróżowaliśmy w czwórkę. Myślę, że to układ idealny na taką podróż. W trakcie lotu śmialiśmy się z narzekań Kalifornijczyków na złe filtry do wody w basenie. Takie problemy.. kto by pomyślał? 🙂 I poznaliśmy wujka Shay Mitchel – aktorki z Pretty Little Liars, który oglądam nałogowo od kilku lat! Kiedy w trakcie lądowania moim oczom ukazały się ogromne połacie domków z basenami, otoczone palmami i prostymi, krzyżującymi się drogami, poczułam, że wszystko jest tak jak sobie wyobrażałam. Co ciekawe, to przeświadczenie nie znikło ani razu, aż do końca mojej podróży. Ameryka i California jest tak, jaką ją sobie malowałam a nawet jeszcze piękniejsza!

MOJA TOP LISTA MIEJSC DO ZOBACZENIA W MIEŚCIE ANIOŁÓW

… dla wszystkich turystów / work&travel’erów / planujących wizytę w LA / po prostu ciekawskich i dla Ciebie

1. Hollywood Sign. Pamiętam mojej zdziwienie kiedy jakiś rok temu okazało się, że teren dookoła tego legendarnego znaku jest ogrodzony i nie będę mogła sobie zrobić zdjęcia na jednej z liter, ahh! Jednak udało nam się znaleźć świetny punkt, z którego rozpościerał się bajeczny widok na zielone, krzaczaste wzgórza Hollywood a sam znak był super widoczny. Miejsce do zdjeć wprost idealne! Poglądowy adres to: 3000 Canyon Lake Drive, Hollywood. Jednak po wpisaniu go w nawigację, trzeba podążać za instynktem 🙂 Sama droga na szczyt jest malownicza, bo kręta i wąska, dookoła porośnięta wysokimi drzewami i otoczonymi willami, kto wie jakich słynnych postaci. Z czasem ukazuje się piękna wysepka, idealna na zatrzymanie auta i podziwianie krajobrazu. 

cali1cali27cali29

2. Hollywood Blvd. Udało się nam zarezerwować stosunkowo tani hotel przy samym Sunset Blvd! (Hollywood Guest Inn – ok. 35$ za osobę za noc). Mimo, że jeśli chodzi o wyznacznik kiczu, to Hollywood Blvd zajmuje dla mnie po Las Vegas, drugie zaszczytne miejsce, to i tak polecam przejść się w tą okolicę. Szukanie ulubionych artystów na alei gwiazd, obserwowanie poprzebieranych w najróżniejszy sposób ludzi gotowych do zdjęcia właśnie z Tobą, sklepy ze Oskarowymi statuetkami na każdą okazję, promenada pełna palm i ciepłe kolory w trakcie zachodu słońca sprawiają, że traktuję to miejsce jako jedno z totalnie unikatowych!

cali12cali3

3. Studia filmowe. Czyli być w LA i nie odwiedzić studia filmowego, to jak się z czegoś okraść! Ja z Kubą byłam w Warner Bros. Studio, natomiast Gabrysia zdecydowała się na Universal. Universal polecam dla wszystkich zagorzałych fanów Harry’ego Pother’a, bo niedawno powstał tam olbrzymi Hogwart (klik!), w którym można napić się kremowego piwa czy spróbować swoich sił przy wyborze różdżki. Studio oferuje też rollercoastery, powiązane z przygodami Harry’ego. Gabrysia była zachwycona, więc dla wszystkich szukających magicznych przygód polecam to miejsce. Bilet jest drogi (100$), ale wrażenia i wspomnienia rekompensują wszystko.

Z kolei, my w Warner Bros. Studio (60$) zostaliśmy oprowadzeni po takich miejscach jak studio talk show „Ellen”, miejsce kręcenia sitcomu „Big Bang Theory” czy „Przyjciół”. Byłam na planie filmowym „Pretty Little Liars”, wchodziłam do domu Spencer, Arii i Alison. Szkoła to ten sam budynek to policja, tylko od innej strony, wyobrażacie sobie? Kościół jest tak naprawdę bardzo mały, a wszystkie kawiarnie i sklepiki są w środku puste. Całe miasto zaprojektowane jest tak, żeby w razie czego szybko można było je „sprzątnąć”, zmienić scenografię aktualnie nagrywanego serialu, zasypać sztucznym śniegiem, czy powalić drzewo na jeden z budynków. Cała zabudowa w środku jest totalnie pusta, a wszystkie „wnętrza” znajdują się w halach.

cali21cali17cali23

4. Griffith Observatory. Totally must-have i jedno z bardziej magicznych miejsc, jakie w życiu widziałam! Obserwatorium astronomiczne, położone na wzgórzu oferuje przepiękny widok na panoramę całego miasta oraz obserwację planet przez specjalnie ustawione teleskopy. Jest to jedno z tych miejsc, do których trzeba dotrzeć przed zachodem słońca, podziwiać nadchodzenie zmroku i zostać do pełnej ciemności, aż wyjdą gwiazdy. Taki też miałam plan. Nie uwzględniłam jednak wszystkich innych ludzi, którzy wybrali się tam z tym samym zamiarem… Wjazd na sam szczyt był więc niemożliwy. Postawiliśmy więc auto w sznurku pojazdów na zboczu wzgórza i wyruszyliśmy na górę na pieszo. Do Obserwatorium doszliśmy oczywiście po zachodzie słońca, ale piękne kolory kalifornijskiego nieba umiliły nam „wspinaczkę”. A na szczycie ukazał się obiecany piękny widok, jaśniejąca łuna świateł nad miastem i błyszczące gwiazdy na czarnym niebie. Przeżycie niesamowite.

cali6cali19

5. Beverly Hills. Przybyłam, zobaczyłam i zakochałam się. Beverly Hills to chyba największe skupisko palm, jakie było mi dane widzieć w życiu! Miejsce pomieszkiwania pięknych i bogatych Amerykanów, ostoja od miejskiego ruchu i pośpiechu. W Beverly Hills życie toczy się we własnym tempie. Każda willa warta jest chwili zatrzymania i westchnięcia… Zamiast przemierzać te ogromne połacie na nogach, stwierdziliśmy że więcej zobaczymy z auta, więc jeździliśmy sobie tymi wspaniałymi, „palmowymi” ulicami i podziwialiśmy najpiękniejsze domy na świecie oraz widoki na zielone wzgórza, porośnięte dziką roślinnością. Zakupowe centrum Los Angeles – znane wszystkim Rodeo Drive okazało się spokojną, ale przepełnioną luksusem i pieniędzmi ulicą, pełną butików najdroższych marek i najnowszych aut. Pospacerować i pomarzyć zawsze można, bo było tam – jak na tego typu miejsce – naprawdę pięknie! 🙂

cali15cali13cali4cali8cali2cali7

6. LACMA. Czyli słynne, urocze białe latarnie ze zdjęć na instagramie! To jedynie wejście do Los Angeles County Museum of Art (klik!). Monumentalne i olśniewające w swojej prostocie, zapraszające do niekończących się sesji zdjęciowych w balowych kreacjach! Całe muzeum jest z pewnością warte niejednych odwiedzin i bardzo ubolewałam, że tym razem nie starczyło nam na to czasu, ale zostawiliśmy sobie to miejsce na raz następny 🙂

cali24cali18

7. Venice. Kiedy myślę o Ameryce, widzę Kalifornię. Kiedy w głowie mam Kalifornię, widzę Venice Beach. W życiu widziałam już na prawdę sporo plaż, ale ta ma w sobie coś tak wyjątkowego, że nie potrafię odgonić się od wspomnień związanych z tym miejscem. Baaardzo szeroka, pełna błękitnych domków dla ratowników, wysunięta na otwarty, wzbudzony falami Ocean Spokojny. Przy promenadzie ludzie jeżdżą na rowerach, szaleją na deskorolkach i rolkach w skate parku, spacerują z psami, ćwiczą na siłowniach na otwartym powietrzu, kupują pamiątki od sklepikarzy i podziwiają cudowne domy (znów!) z przeszkloną, frontową ścianą, tak aby nic nie zaburzało iście pięknego widoku na plażę i wodę.

cali5cali9cali14cali26cali25cali28

8. Santa Monica. Byliśmy dwa razy i dwa razy po zmroku. Na molo, znajdującym się w centralnym punkcie można pograć w kasynach, przejechać się na Diabelskim Młynie, poobserwować rybaków, czyhających na wielkie okazy czy popodziwiać wyroby lokalnych artystów – staruszka lepiąca z gliny twarze siedzących przed nią turystów zdobyła moje serce! Przypomniało mi się, że na molo w Santa Monica byliśmy też raz z rana! Na targu owoców kupiliśmy 10 sztuk avocado, 4 owoce kaktusa i coś podobnego do melona (łącznie za 3$!) i wybraliśmy się w takie właśnie wyjątkowe miejsce na śniadanie. Nie powiem, polecam 🙂

img_9062

Tak wygląda moja top lista miejsc do zobaczenia w Mieście Aniołów. Oczywiście warto też odwiedzić Downtown (i zjeść w Grand Central Market (klik!) – smaki z całego świata za drobne pieniądze!), pojechać na Laguna Beach (ją też zostawiłam na następny raz) i odwiedzić muzeum The Broad (klik!). Listę można by było wydłużać w nieskończoność, a czasu ciągle by brakowało, dlatego ja już zastanawiam się, kiedy znów będę mogła odwiedzić moją Ziemię Obiecaną. Kalifornia zaskarbiła sobie moją miłość powietrzem, w którym czuć było wolność, swobodę, nieskończoną ilość dobrej energii, odwagę i przeświadczenie, że każde marzenie jest na wyciągnięcie ręki. 

P.S: Byliście w Kalifornii? A może też jest Waszym marzeniem, pielęgnowanym od dziecka? Dajcie znać, jak Wam się podobała z mojej perspektywy 🙂

A wszystkich zainteresowanych, potrzebujących wskazówek, szykujących się na wyjazd czy planujących podróż życia zapraszam do kontaktu, z chęcią pomogę!

A.

Advertisements

7 thoughts on “O tym jak zakochałam się w Los Angeles…

  1. Powerpinkyx pisze:

    Super relacja! Los Angeles to moje największe marzenie! Mam nadzieję, że już w przyszłym roku uda mi się je spełnić. Przepięknie je pokazałaś. Ogólnie Twój blog bardzo mi się podoba, więc na pewno będę tu zaglądać 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s